Wake me up in July

Powiecie, że „było”. Bo było – wraca jak karma. Spontaniczna sesja w wykonaniu Janka, to w końcu nie nowość.  Miała być nauka do ostatniego egzaminu, a skończyło się na nieplanowanych zdjęciach  (de facto w przerwach między kolejnymi porcjami wiedzy).  Ci, którzy mimo moich zaniedbań śledzili fanpage, wiedzą, że zapowiadałam powrót po uporządkowaniu wszystkich spraw. Czerwiec – miesiąc truskawek i czereśni, pierwszych upałów i niespodziewanych burz, przyniósł także wyładowania w moim życiu. Przyznam, że ostatnie tygodnie to istne szaleństwo – nowa praca, zawirowania na uczelni i wszelkie formalności, których muszę dopełnić, aby w ostatnich dniach czerwca uzyskać tytuł licencjata. Każdego dnia, w mojej głowie rozbrzmiewają dźwięki „Wake me up in July” – Brodki (to takie prawdziwe!). Ale jak to mówią, po każdej burzy nastaje słońce, a powietrze jest rześkie. Głęboko w to wierzę, dostrzegając pierwsze promyki satysfakcji pojawiające się na horyzoncie.

Dziś nieco odmiennie, bo jedynie „portretowo”. Mimo wszystko postanowiliśmy zrobić kilka ujęć, aby wreszcie złapać z Wami choć odrobinę kontaktu. Przyznam, że ogromnie się stęskniłam! Gotowi na dzisiejszy mecz?  Dziś nawet ja – osoba, która nieczęsto ma okazję podziwiać sportowe poczynania na murawie, niezmiernie podekscytowana uciekam do znajomych, aby wspólnie kibicować Polakom. Damy radę? 🙂

zdjęcia: Jan Wodziński

003 II

006-2

011

016 (1)

 

Dodaj komentarz